Archiwa kategorii: Pisanie tekstów

Życie

Dziś słowa mojego autorstwa. Ciekawe, czy się z nimi zgodzicie? Zachęcam do lektury :).

Życie to największa niewiadoma.

Nim się spostrzeżesz już się kończy.

Za późno by zaczynać od nowa,

budować gmachy, liczyć chmury,

uczyć się na błędach.

Nigdy nie jest za późno, by spojrzeć

w lustro i zrobić rachunek sumienia.

Po to, by zamykając oczy móc spokojnie zasnąć.

Eliza Mikulska

Polacy są wspaniali

W czołówce tego co kocham są polskie góry. Uczą nas pokory, a wszelkie trudy nagradzają niesamowitymi widokami. Jeżdżę tam przynajmniej raz w roku, najczęściej przed sezonem turystycznym, by móc delektować się nimi bez tłumu turystów. Nie mam nic przeciwko ludziom, jednak w nadmiarze mogą być męczący, a moim założeniem było odpocząć od codziennego zgiełku. Jeśli ktoś mieszka w mieście, lub pracuje w hałaśliwym miejscu, to wie o czym mowa.

Chciałam wszystkich poinformować, że Polacy są wspaniali. To nieprawda, że człowiek człowiekowi wilkiem. Na co dzień różnie się myśli o spotykanych ludziach, albo nie ma czasu w zabieganiu, by się nad tym zastanowić. A może jest tak, że będąc turystami wszyscy jesteśmy bardziej wyluzowani i przez to milsi dla innych? Chcemy pokazać swoją lepszą stronę? Nawet jeśli, to nie mam nic przeciwko temu. Za chwilę podam stosowne przykłady.

Z jednego ze szlaków zeszliśmy wczesnym wieczorem. Okazało się, że kolejny bus będzie za 45 minut. Wpadłam na pomysł, że zatrzymam któryś z mijających nas samochodów. Okazało się to łatwiejsze niż myślałam! Trwało może dwie minuty! Zatrzymała się przemiła para z Warszawy. A tyle się mówi o tym jacy to Warszawiacy są wyniośli. Chcę zdementować te plotki.

Kolejnego dnia na szlaku spotkaliśmy pewną parę z miasta T., która bez skrępowania opowiadała nam o swoim życiu. Okazało się, że oboje są po przejściach, mają dzieci z poprzednich związków i po pięciu latach wspólnego bycia razem udało im się wyjechać i odpocząć. Czy to nie wspaniałe, że obce osoby nam zaufały i opowiedziały o trudnej przeszłości? Nie będę się tutaj wdawać w szczegóły, gdyż jestem dyskretna. Jeśli ktoś jest spragniony sensacji zapraszam na portale plotkarskie, gdzie afer nie brakuje.

Następnego dnia po dotarciu na jeden ze szczytów spotkaliśmy małżeństwo w wieku dojrzałym, które co roku przyjeżdża w Tatry. Kolejni sympatyczni ludzie. Ustąpili nam miejsca na szczycie, byśmy mogli zrobić fotografie z lepszym widokiem. Zabawiali  nas miłą rozmową, a pytani udzielali wskazówek od której strony najlepiej pokonać konkretny szlak.

Na sam koniec jeszcze dygresja odnośnie górali, którzy przewożą turystów bryczkami po dolinach, czy szlakiem prowadzącym nad Morskie Oko. Gdy z ciekawości rano zapytaliśmy o koszt takiego przejazdu, to cena wynosiła 130 PLN, a wieczorem – okazja, ostatni kurs – tylko 10 PLN. Widać góral też Polak i nie zawsze jest tak pazerny jak o nim mówią.

Eliza Mikulska

 Tatry2

Dzień Dziecka

Z tej okazji życzę wszystkim dzieciom na całym świecie uśmiechu, bo wszystkie pięknie to robicie i potraficie rozjaśnić nawet najbardziej pochmurny dzień. W prezencie napisana przeze mnie bajka o Kopciuszku. Jest jednak nieco inna od tej, którą znacie. Miłego czytania :).

Kopciuszek

            Dawno, dawno temu w czasach, gdy nie było telewizorów i samochodów w małym miasteczku, w niedużym domeczku mieszkała sobie z rodzicami dziewczynka. Jej tata był myśliwym. Ciągle polował na zające, przepiórki i bażanty w pobliskim lesie i wszystkie swoje zdobycze zanosił na królewski dwór. Żyli dostatnio i szczęśliwie. Dziewczynka często chodziła z mamą na łąkę i zbierała zioła i kwiaty, podziwiała motyle i żuczki i śpiewała głosem tak pięknym, że słowik jej zazdrościł. Głos jej niósł się hen, hen daleko aż do królewskiego dworu. Często słuchał tego śpiewu królewski ogrodnik, słuchały królewskie praczki i kucharki i cała reszta służby. Jedynie próżny królewicz był głuchy na tak piękne dźwięki. Zajmował się tylko sobą i podziwianiem w lustrze swojej urody. Nie interesowało go nic poza tym.

Pewnego popołudnia w powietrzu znów uniosła się pieśń dziewczynki. Tym razem była ona tak przejmująca i tak smutna, że wszystkim krajało się serce i wszyscy zatykali uszy, zamykali okna, bo z żalu nie mogli słuchać. Okazało się, że mama dziewczynki ciężko zachorowała i umarła. Wdowiec nie umiał sobie poradzić, nie radziła sobie też dziewczynka. Płakali długo nad swoim losem i nie wiedzieli jak żyć dalej po tym, co ich spotkało.  Mijały kolejne dni i wcale nie było lepiej…

Aż tu nagle obok ich domostwa przejeżdżał powóz prawdziwy i odpadło mu koło. Dziewczynka z ojcem szybko ruszyli na pomoc. Z powozu wysiadła piękna pani i jej dwie córki. Wszystkie bardzo przestraszone. Dziewczynka zaprosiła je na herbatę, a w tym czasie jej tata skończył naprawiać urwane koło. Piękna pani bardzo myśliwemu dziękowała i dyskretnie po domu się rozglądała.  – A gdzie wasza żona, Panie? – zapytała – Jej także podziękować bym chciała.

Dziewczynka i jej tato spojrzeli po sobie i posmutnieli. – Odeszła z tego świata – cicho odpowiedział myśliwy.

– Nie smućcie się więcej, pomogę wam jako i wy mnie żeście pomogli – odrzekła piękna Pani i uśmiechnęła się. Od tej pory dziewczynka znów miała mamę, a myśliwy żonę. Nic jednak nie było takie samo…

Zamiast pomocy bowiem dziewczynka dostała tylko mnóstwo obowiązków. -Będziesz pracować, to nie będziesz myśleć o swojej matce – mówiła piękna Pani, która nazywała się Gryzelda i była zgryźliwa jak nikt inny dotąd. A jej córki prześcigały się w grymaszeniu. Wtedy ich śliczne buźki wykrzywiały się niezadowolone i przestawały być śliczne. Nie podobało się to dziewczynce, ale cóż mogła biedna sierotka zrobić. Miała dobre serduszko i bała się przeciwstawić macosze i jej córkom. W dodatku nie miała już czasu biegać po łące i zachwycać się przyrodą, chodziła ciągle potargana i brudna, w zniszczonej sukience, bo nie miała na nic czasu. Macocha i córki naśmiewały się z niej i nazywały Kopciuszkiem. Biednemu myśliwemu serce pękało z żalu, jednak on również nie potrafił przeciwstawić się Gryzeldzie.

Pewnego wieczoru macocha wezwała swojego męża do salonu i rzekła: – Weź Kopciuszka na koń i wywieź daleko do lasu. Tak daleko, żeby już nie mogła wrócić i żeby zjadły ją wilki. Mamy jeszcze dwie córki, a taki darmozjad, który chodzi ciągle umorusany nie jest nam do niczego potrzebny. Zadrżało serce myśliwego na te słowa. – Przecież Kopciuszek nic złego nie zrobił. Za co chcesz ją tak ukarać?

– Albo zrobisz to, com rzekła, albo jak wrócisz jutro z dworu, już jej nie zobaczysz, bo ja ją wywiozę.

Cóż było robić? Biedny ojciec obudził dziewczynkę, wsadził ją na koń i wywiózł głęboko do lasu. Łzom i przytulaniom ojca i Kopciuszka nie było końca. Dziewczynka rozumiała jednak, że tak być musi. Bała się jednak zostać w lesie sama, tym bardziej, że oboje z ojcem widzieli błyskające w ciemnościach, wpatrujące się w nich oczy. Nagle te oczy zaczęły się zbliżać do nich. Przytulili się jeszcze mocniej i czekali co też to się wydarzy.

– Nie płaczcie już więcej. Nasze serca tego nie wytrzymają – odezwał się głos – Kopciuszek zamieszka z nami, czyli z siedmioma krasnoludkami.

Na te słowa ucieszył się myśliwy, uścisnął Kopciuszka i wszystkie krasnale,  wsiadł na konia i z obietnicą, że odwiedzi córkę, ruszył w drogę powrotną. Gdy Gryzelda go zapytała, co z Kopciuszkiem, udawał przygnębienie i powiedział, że dziewczynka na pewno nie wróci.    Kopciuszek tymczasem pomagał krasnalom, sprzątał ich domek, gotował obiady, spotykał się z ojcem i znów miał czas, by odkrywać świat przyrody i radośnie śpiewać. A jego głos niósł się daleko, daleko aż na łąki, aż na dwór królewski, aż do domu myśliwego… Któregoś razu śpiewy Kopciuszka usłyszała Gryzelda. Rozzłościła się okrutnie i zrobiła myśliwemu awanturę. – Za blisko ją wywiozłeś, skoro wilki jej nie zjadły. Popraw się tym razem i wywieź ją dalej. Nie mogę już słuchać tych śpiewów!

Myśliwy próbował zaprzeczać, próbował tłumaczyć, że to nie Kopciuszek, tylko ptaki śpiewają, że Gryzelda pewnie się przesłyszała, jednak nie było rady. Uparta macocha postawiła na swoim i kazała mu jechać do lasu.

Spotkał się myśliwy z Kopciuszkiem i wyjaśnił, że musi opuścić dom krasnoludków i zniknąć w leśnej gęstwinie, bo mieszka za blisko i Gryzelda słyszy jej głos. Zmartwił się Kopciuszek, zmartwiły się krasnale. Zdążyły się bowiem już przyzwyczaić do tego, że  dziewczynka zawsze na nich czekała z obiadem i dobrym słowem. Tego dnia w odwiedzinach u krasnali była świnka. Słysząc to wszystko, uśmiechnęła się i powiedziała: -Nie martwcie się wcale. Wszak ja mieszkam dalej. Razem ze mną bracia dwaj moi mili. Kopciuszek może zamieszkać z nami. Tam gdzie mieszkamy, nie ma już wilka. Wyniósł się zaraz po tym, jak zniszczył naszą słomianą i drewnianą chatkę. Teraz z braćmi mamy murowany domek i dobrze nam się wiedzie. Chodź ze mną Kopciuszku.

Dziewczynka pożegnała się z krasnalami i razem z ojcem wyruszyła do domu trzech świnek. Pozostali bracia przywitali ją z radością i urządzili specjalnie dla niej jeden z pokoików. Znów Kopciuszek mógł się czuć bezpiecznie, spotykać z ojcem i śpiewać wesoło. A śpiew ten leciał wysoko pod chmury, daleko za góry i trafił także do domku myśliwego. I znów tak, jak poprzednim razem usłyszała go Gryzelda. Wieczorem zrobiła myśliwemu awanturę i kazała wywieźć Kopciuszka jeszcze dalej.

– Ale to już koniec królestwa i naszego lasu – próbował protestować myśliwy.

– Właśnie o to chodzi. Na obcej ziemi Kopciuszek nie będzie szczęśliwy i wreszcie przestanie śpiewać. A poza tym sąsiednie królestwo znane jest z okrucieństwa wilków, więc możesz się domyślić, co się z nią stanie – Gryzelda zaśmiała się okrutnie, aż ściany domku zadrżały.

Zmartwił się myśliwy, lecz cóż było robić. Wsiadł na koń i pojechał do domku świnek. Bracia się rozpłakali. Zdążyli już bowiem przyzwyczaić się do towarzystwa dobrej dziewczynki. Wiedzieli, że jeśli myśliwy pójdzie z dziewczynką dalej, to nie będzie już dla niej ratunku. Wiedzieli też, że nie ma wyjścia, gdyż o zgryźliwości i podłym sercu Gryzeldy krążyły legendy w całym królestwie. Pożegnali się z dziewczynką i jej ojcem i odprowadzili ich do leśnej granicy królestwa.

Myśliwy z córką strwożeni wchodzili w coraz głębszy las, czujnie rozglądając się wokół. Nagle naprzeciw nich wybiegło stado wilków. „No to już po nas” –  zdążyli pomyśleć Kopciuszek i myśliwy zanim strach na dobre zajrzał im w oczy. Nagle z najciemniejszego zakątka wychynęła piękna Pani w lśniącej szacie i stanęła na wprost wilków, zasłaniając swym blaskiem Kopciuszka i jej tatę. Wilki cofnęły się o dwa kroki i oddały pięknej Pani pokłon. Okazało się, że to sama Królowa Lasu stoi przed nimi i rozjaśnia wszystko wokół. A blask jej jest tak wielki, że chcąc nie chcąc musieli zmrużyć oczy. A wtedy poczuli coś jakby podmuch delikatnego zefirka i zaczęli się zmniejszać. Zmniejszali się i zmniejszali, a zamiast rąk urosły im piękne, kolorowe pióra, a zamiast nóg – ogon, zamiast ust dzióbki i już, już poczuli, że mogą pofrunąć radośnie, że mogą przysiąść na gałązce i że są naprawdę  bezpieczni i nic im nie grozi.

Od tej pory Kopciuszek i jej tata mieszkają w leśnej głuszy i śpiewają srebrzystym głosem piosenki o swoim losie. O śmierci mamy Kopciuszka i żony myśliwego, o okrutnej macosze Gryzeldzie i jej córkach, o siedmiu krasnoludkach, o trzech świnkach, o Królowej Lasu, ale przede wszystkim o tym, że prawdziwa więź rodzinna wszystko przetrzyma i nic nie jest w stanie jej zniszczyć. Na pewno sami nie raz, nie dwa, będąc w lesie słyszeliście pieśń Kopciuszka i jego taty. Następnym razem przysłuchajcie się uważniej, a może rozróżnicie słowa? A może zobaczycie, jak dwa małe ptaszki zmieniają się raz w roku w dniu śmierci mamy Kopciuszka w ludzi, by móc odwiedzić jej grób? Kto to wie? Musicie być tylko bardziej czujni.

Eliza Mikulska

Miasto nocą

Moje przemyślenia na powyższy temat. Ciekawa jestem Waszej opinii.

Miasto nocą jest wymarłe. Tylko blask kolorowych neonów i światło lamp. Gdzieniegdzie przemknie spóźniona taksówka albo czarny kot. W tej pustej ciszy ludzie śnią najskrytsze marzenia, uśmiechając się, a potem zapominają wcielić w życie to, co im się śniło. I tylko nieliczni promienieją światłem i nie boją się jechać taksówką, przed którą przebiegł czarny kot, w nieznaną przyszłość.

Światowy Dzień Książki

Z uwagi na fakt, że niedawno obchodziliśmy to święto, a w naszym kraju z czytaniem jest krucho i od nas zależy, czy to się zmieni. Poniżej zamieszczam moją bajkę o bocianach. Proszę, przeczytajcie ją swoim milusińskim. W końcu czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. To od nas zależy, czy nasze dzieci w przyszłości jako nastolatki i dorośli ludzie będą sięgać po książki. Przyjemnej lektury :).

O dzielnym Stasiu i zaklętych bocianach, czyli skąd się biorą dzieci?

Wszyscy słyszeli, że bociany przynoszą dzieci, są pod ochroną i odlatują na zimę do ciepłych krajów. To polskie ptaki ze względu na kolor upierzenia, biało-czerwonego jak nasza flaga. Wszyscy darzymy boćki sympatią i z niecierpliwością wypatrujemy ich po długiej mroźnej zimie. Jednak nie każdy z nas zdaje sobie sprawę, że bociany są ptakami radomskimi i że dwa z nich nigdy nie odlatują, tylko zostają z nami całą zimę.
Wiecie, gdzie w Radomiu mieści się Straż Pożarna? Byliście w jej siedzibie przy ulicy Traugutta? Jeśli nie, to koniecznie poproście panią w przedszkolu lub w szkole, żeby was tam zabrała. A podczas wycieczki przyjrzyjcie się wizerunkowi splecionych bocianów, które stoją przy strażackim boisku. Ptasia para bacznie rozgląda się na dwie strony świata i opowiada swoje przygody…
***
Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy wasza prababcia była małą dziewczynką, straż pożarna już działała w Radomiu. Dzielni strażacy pomagali ludziom i gasili pożary. Nikt jeszcze nie myślał nawet o supermarketach, ludzie przeważnie mieszkali w drewnianych domkach lub kamienicach, a w mieście było mnóstwo terenów zielonych. Dzieci bawiły się na podwórkach, chodziły do szkoły, dorośli zaś pracowali. Często na ulicach można było zobaczyć wozy ciągnięte przez konie i płoszone przez stukot końskich kopyt gołębie.
Na obrzeżach miasta, w drewnianym domku, mieszkał Stasio z rodzicami i rodzeństwem. Miał trzy siostry i dwóch braci, a najmłodsza Helenka była zupełnie malutka. Leżała w białym beciku i na przemian albo wesoło się uśmiechała, albo gdy jej było źle lub niewygodnie, protestowała, płacząc. Była niemowlaczkiem i nie potrafiła jeszcze mówić i chodzić. Na pewno widzieliście w wózeczkach takie malutkie dzieci, a może sami macie rodzeństwo w tym wieku. Zresztą kiedy się urodziliście, też byliście tacy. Poproście rodziców, żeby pokazali wam zdjęcia.
No więc ta mała Helenka, Stasio i ich rodzeństwo żyli sobie szczęśliwie i beztrosko, a czas mijał im głównie na zabawach. Ich rodzice pracowali na zmiany, to znaczy że gdy mama była w pracy, opiekował się nimi tata, a gdy tata był w pracy – w domu zostawała mama. Czasem jednak zdarzało się tak, że rodzice prosili o pomoc sąsiadkę. Starsza pani miała na imię Zofia. Potrafiła robić na drutach z prędkością światła i piec najlepszą na świecie szarlotkę. Rodzeństwo mówiło do pani Zofii – „babciu”, gdyż bardzo im ją przypominała. Starsza pani zresztą sama to kiedyś zaproponowała i tak już zostało. A trzeba wam wiedzieć, że staruszka sama nie miała ani dzieci, ani wnuków. Nie miała już nawet męża, a nie lubiła siedzieć sama w domu. Z tego powodu chętnie zajmowała się rodzeństwem Tolaków, bo tak mieli oni na nazwisko.
Pewnego dnia ponownie miała się nimi zaopiekować. Był to początek wiosny. Zrobiło się ciepło na dworze i wszystko zaczynało powoli zielenieć. Rośliny rozkwitały, ptaszki śpiewały wesołe piosenki, w powietrzu pachniało wiosną. Tylko bociany spóźniały się w tym roku. Zawsze osiedlały się na ich dachu krytym strzechą i śpiewały radośnie, ale na razie nie było ich widać. Czyżby miały nie przylecieć? Stasio już widział tej wiosny boćki u jednych i drugich sąsiadów, nawet w środku miasta leciał jeden, gdy wychodzili z mamą od krawcowej. A tych, które miały gniazdo przy ich kominie, ciągle nie było…
Tata szykował się tego dnia jak zwykle do pracy. Zawinął w papier kanapki ze swojską kiełbasą i kiszonym ogórkiem, wypastował sznurowane buty, przeczesał grzebieniem włosy, przytulił i ucałował wszystkie swoje pociechy. Wyszedł z domu, a rodzeństwo spoglądało przez zamknięte okno, jak idzie do pani Zosi i puka do jej drzwi. Wiedzieli, że staruszka za chwilę przyjdzie i opowie im jedną ze swoich historii. Stasio lubił najbardziej, gdy pani Zosia mówiła o wojnie, a trzeba przyznać, że umiała snuć naprawdę ciekawe opowieści. Dzieciom znudziło się stanie w oknie, więc zaczęły się bawić. Siostry wyjęły lalki zrobione z gałganków, a Stasio z braćmi ustawili na podłodze żołnierzyki. Helenka spała. Dzieci bawiły się i bawiły, a pani Zosia nie przychodziła. Stasio miał już dość czekania i postanowił pójść do sąsiadki, by sprawdzić, co się stało. Rodzice nie pozwalali im samym wychodzić, lecz chłopiec pomyślał, że to przecież bardzo blisko i nic złego nie może się przydarzyć. Jak postanowił, tak zrobił.
Zapukał do drzwi, lecz nikt mu nie odpowiedział. Zapukał jeszcze raz. Pomyślał sobie, że skoro pani Zosia jest jak babcia, a on ma małą rękę, to może zapukał za cicho i staruszka po prostu nie usłyszała. Gdy głośniejsze pukanie okazało się nieskuteczne, postanowił zawołać: „Babciu! Jesteś tam?” – ale odpowiedziała mu tylko cisza. Zaniepokojony chłopiec zaczął walić małymi piąstkami w drzwi. Wiedział, że to nie jest zbyt kulturalne zachowanie, jednak bardzo się przestraszył. Szarpnął za klamkę. Jakież było jego zdziwienie, gdy drzwi otworzyły się. Stasio ostrożnie wszedł do sieni i zawołał: „Babciu, jesteś tu?”. Niestety, nikt mu nie odpowiedział. Chłopiec poczuł zapach szarlotki. Pomyślał, że babcia na pewno się nie obrazi, gdy spróbuje mały kawałeczek, i wszedł do kuchni.
Nagle… staje oniemiały. Pani Zosia leży na podłodze nieopodal kuchenki, na której coś się gotuje, a właściwie przypala. Płomień jest jednak tak duży, że garnka właściwie już nie widać. Ogień zaczyna wspinać się po kuchennej szafce i już, już dosięga zasłonki. Mały Staś boi się i zaczyna płakać. Łzy jak grochy po policzkach płyną, z nosa mu cieknie, biegnie z powrotem do domu, wpada zdyszany, nie może się wysłowić. Jego starsze rodzeństwo, Rozalka i Józio, domyślili się, że stało się coś złego z panią Zosią. Biegną co tchu do chaty staruszki i widzą ją zupełnie nieprzytomną, i wszechogarniający ogień, i gryzący czarny dym. Patrzą na to i nie wiedzą, co robić. Józio próbuje wejść dalej, by ratować kochaną sąsiadkę, jednak dym nie pozwala mu się przedrzeć. Czarne kłęby pochłaniają wszystko. Jakby miały jakąś wielką paszczę i tą łakomą paszczą zagarniały po kawałku, coraz dalej i dalej, dom pani Zosi. Rozalka płacze. Chwyta Józia za rękę i krzycząc: „pomocy!” biegną dalej. Co tu robić, co robić? Ogarnia ich panika. Nigdy nie byli w takiej sytuacji. Chcieliby się opanować, uciszyć łopotanie serduszek, lecz nie wiedzą jak.
Musicie wiedzieć, że w tamtych czasach nie było smartfonów i tylko nieliczni mieszkańcy mieli w domach telefony stacjonarne, takie ze słuchawką i cyferblatem, na którym wykręcało się cyferki. A dziś każde z was wie, że w przypadku pożaru należy wybrać numer 112.
Ten krzyk usłyszał i przerażenie dzieci zobaczył bankier, człowiek bardzo poważany w mieście. Woła Rozalkę i Józia do siebie, próbuje ich uspokoić. Nic z tego! Dzieci są tak przejęte, próbują opowiadać chaotycznie o tym, co widziały:
– Babcia Zosia, trzeba jej pomóc! – krzyczy Józio.
– Ogień i dym wszędzie! – sapie Rozalka.
Bankier, człowiek inteligentny, szybko miarkuje w tym, co się stało. Łapie dzieci za ręce i biegnie z nimi do pobliskiej piekarni.
– Tomaszu, Tomaszu! – krzyczy od progu zdyszany. – Pożar w domu Zosi naszej, szybko, wzywaj straż!
Piekarzowi dwa razy nie trzeba powtarzać. Już biegnie na zaplecze, już numer wybiera i adres dyżurnemu podaje. Bankier nie czeka jednak na to. Ufa Tomaszowi i wie, że ten zrobi, co potrzeba. Znów chwyta rodzeństwo za ręce i biegną z powrotem ulicami Radomia do domu pani Zosi…
A trzeba wam wiedzieć, że w tym czasie mały Staś nie próżnował. Gdy Rozalka z Józiem wybiegli z domu, on też wyprowadził resztę rodzeństwa i poszedł z nimi do pani Kowalikowej, która mieszkała w trzecim domu po lewej stronie drogi. Zostawił ich tam, nie tłumacząc niczego, i wrócił z powrotem do obejścia pani Zosi. Wygonił kury z podwórka, odpiął łańcuch Burkowi, wyprowadził Krasulę z obory. O wszystkich pamiętał, tylko zapomniało mu się o małej Helence, która spała w białym beciku, w swoim łóżeczku. A jak spała, to była bardzo cichutko i przejęty zdarzeniami Stasio o niej nie pomyślał. Mało tego! Nikt z rodzeństwa o niej nie pamiętał. Spała sobie malutka, uśmiechnięta, coś miłego jej się pewnie śniło…
Kowalikowa była bardzo zaskoczona, jednak nie pytała o nic. Wpuściła dzieci do siebie i wysłała męża i brata, by sprawdzili, co się dzieje. A Stasio pomyślał, że skoro ich dom stoi tak blisko domu pani Zosi, to i ich zwierzątka trzeba by uwolnić. Jak pomyślał, tak zrobił. Wypuścił ukochanego kundelka Burego, dwie kurki nioski i kota Mruczusia. Był już bardzo zmęczony, nóżki odmawiały mu posłuszeństwa. Chciał iść do domu Kowalikowej, sprawdzić co z rodzeństwem. No i wtedy usłyszał sygnał strażackich syren. Odetchnął z ulgą i ruszył w kierunku domu sąsiadki.
Tymczasem przy gospodarstwie pani Zosi zrobiło się zbiegowisko. Harmider co niemiara. Pełno ludzi. Jedni krzyczą, lamentują, inni ręce załamują, jeszcze inni za wiadra i gaśnice złapali i próbują ujarzmić ogień. Jakoś im to nie wychodzi. Płomienie liżą już dach słomiany. Rety, rety! Co się dzieje? Przeskakują iskierki na chatę Tolaków. Przecież ich dach też ze słomy! Oj, nieszczęście! Ratujcie, ludzie! Oto dzielni strażacy też już przyjechali, węże rozwijają, komendy wydają. Woda leje się strumieniem, silniejsza jest od płomieni. Co za ulga! Ogień coraz mniejszy. Ale co to się dzieje? Dwóch strażaków dzielnych wskakuje w płomienie! Prosto do kuchni pani Zosi. Tłum oddech wstrzymuje i nie może się nadziwić, jak to możliwe. Wszyscy się wpatrują w czarną czeluść, która jest teraz drzwiami do domu. I zamierają w przestrachu. I krzyczą, by ratować tych dwóch strażaków, bo pewnie spłonęli, bo się zaczadzili. I nagle ci, o których mowa, wychylają głowy przez kuchenne okno i wynoszą nieprzytomną panią Zosię. Słychać sygnał syreny – to pogotowie dojeżdża na miejsce. Sanitariusze wynoszą nosze, kładą na nich panią Zosię, „oddycha!” – wołają. Ludzie brawo biją, tym owacjom nie ma końca.
I wtedy właśnie do Kowalikowej przychodzi mama Stasia. Przestraszona, zatrwożona, ktoś jej powiedział, że tam znajdzie swoje dzieci. Musi jednak sprawdzić i upewnić się, czy aby na pewno wszystkie są całe, czy wszystkie zdrowe. Całuje i przytula swe pociechy. Zaraz, zaraz… coś się nie zgadza. „A gdzie jest Helenka?” – wrzeszczy na całe gardło i już nie czeka na nic, nie da się zatrzymać, biegnie w stronę pożaru. A dach domu Tolaków gore coraz mocniej, ogień do pokoi zaczyna się wdzierać. Ludzie nie chcą jej puścić, ona się szamoce i wrzeszczy: „Puśćcie mnie do córci! Puśćcie, ona zginie!” – I szlocha, i upada na kolana, bo taka bezsilna.

bociany
W tym momencie, w tym hałasie, niebo jakby bardziej pociemniało. Wszyscy zadarli w górę głowy i patrzą. „To boćki, boćki lecą!” – krzyczą. Zaiste, te dwa bociany, na które Staś tak długo czekał, właśnie pojawiły się, śpiewając wesoło. W samą porę! Gdy zobaczyły trwogę ludzi i rozpacz mamy Helenki, postanowiły pomóc. Nie myśląc wiele, wlatują przez komin do środka. Rozglądają się po izbie i jeden z nich w dziób łapie becik z niemowlęciem. Drugi próbuje śpiewać głośno, by wskazać drogę wśród dymu swojemu towarzyszowi, lecz wcale nie może. Dym wgryza się w dziób, bocian nie może już śpiewać. Z jego gardła wydobywa się tylko drewniany klekot. W końcu wylatuje na zewnątrz. Za nim ten drugi, trzymający za becik niemowlę. Ludzie nadziwić się nie mogą, jakie te ptaki odważne, oddają mamie Helenkę. Tolakowa płacze, sprawdza, czy córeczka żywa. A dziewczynka niczego nieświadoma, dopiero teraz się budzi i zaczyna płakać. Jak to możliwe, że spała tak mocno? Nikt nie wie.
Strażacy już kończą ogień dogaszać, mieszkańcy im pomagają. Ktoś mówi dowódcy o dzielnym Stasiu, o tym jak rodzeństwo i zwierzęta uratował. Chłopiec przytula się do mamy i jest zły na siebie, że zapomniał o Helence. Strażacy mu gratulują i mówią, że chętnie przyjmą go za parę lat w swoje szeregi. Wszyscy biją brawo, wiwatują. I wtedy dzieje się rzecz niezwykła. Te dwa bociany, które przyleciały i zobaczyły, że ich gniazdo zniszczone, długo kołują nad domostwem. Latają tak w kółko, zdawać by się mogło bez celu, i klekoczą, a ludzie się dziwią, czemu nie śpiewają. No tak, to dym gryzący pozbawił je głosu. Ten klekot jakby drewniany, złowieszczo unosi się nad domami. Taki rozpaczliwy, jakby był zaklęty, jakby te boćki już nie były boćkami. Nie mogą się pogodzić z utratą głosu i domu, nie chcą się wyróżniać spośród innych ptaków. Kołują coraz szybciej i szybciej i nagle wszyscy widzą, że boćki jakby spływają z nieba na ziemię. I kołują się coraz niżej i niżej, a ich klekot jest coraz cichszy i cichszy. Wszyscy patrzą i widzą, że to już nie są żywe bociany, ale… kamienne. Przytuliły się do siebie i patrzą w dwie strony świata, jakby chciały być blisko siebie i jednocześnie obserwować jak najwięcej wokół. Ludzie z wrażenia zaniemówili, kiwają głowami i nie potrafią zrozumieć, co też się właśnie na ich oczach stało. Jakiś sen koszmarny. Jak tu teraz podziękować boćkom, skoro one zaklęte?

bociany2NataliaMikulska
Dowódca akcji postanowił, że weźmie boćki i znajdzie im honorowe miejsce na terenie radomskiej straży. Tak też zrobiono. Ludzie zapakowali je na wóz, przewieźli i ustawili w pobliżu boiska. I stoją tam do dzisiaj. Rozglądają się, wyciągając w górę długie szyje, by móc więcej zobaczyć, i ostrzegają przed pożarami. Czasem, gdy któryś wypatrzą, alarmują strażaków. A pożarnicy pomagają ich żywym kuzynom. Ile razy bywa, że któryś się w linie energetyczne zaplącze lub wypadnie z gniazda? Dzielni strażacy idą im wtedy na ratunek i nie pytają o nic.
Tymczasem dwa zaklęte kamienne bociany przypominają o tych zdarzeniach sprzed lat. Gdy będziecie blisko nich, przyjrzyjcie im się dokładnie i posłuchajcie ich opowieści. Wyniosły Helenkę z pożaru i może dlatego mówi się, że bociany przynoszą dzieci? Ale wy przecież jesteście już na tyle duzi, że wiecie, skąd się biorą dzieci. Po prostu przynosi je mama ze szpitala. Zgodzicie się ze mną, prawda?